Shiraz

Shiraz był pierwszym miastem które odwiedziliśmy podczas pobytu w Iranie. Po przylocie z Azerbejdżanu i spędzeniu nocy na Imam Khomeini International Airport (IKA) przetransportowaliśmy się irańskim uberem (Snapp) na drugie teherańskie lotnisko, gdzie obsługiwane są krajowe połączenia – Mehrabad (THR). Stąd korzystając z linii Iran Air polecieliśmy prosto do Shirazu.
Dzień przed naszym przylotem do Iranu ogólnoświatowe media doniosły o katastrofie lokalnego samolotu lecącego z Teheranu na południe kraju w której zginęło 65 osób. Niezła wiadomość na otwarcie wyjazdu dla rodziny. Wierząc w prawo serii i mając na względzie brak jakiegokolwiek wpływu na nieuchronność losu i tego to co się dzieje z człowiekiem siedzącym w lecącym wysoko ponad chmurami samolocie, przelot do Shirazu przebiegł nad wyraz szybko i spokojnie.

Pozostałe wpisy o Iranie:
Plan i zarys wyjazdu
Ceny i noclegi
12 przydatnych wskazówek przy podróży do Iranu

Wylot z Teheranu

Sam Shiraz to ponad milionowe miasto na południu kraju leżące u stóp gór Zagros. Pod względem liczby ludności zajmuje w Iranie szóste miejsce. Przewodnik i ogólnodostępne informację donoszą, iż Shiraz to miasto poetów i wina, a także ważny ośrodek kulturalny i administracyjny. W XVIII wieku był nawet przez 52 lata stolicą Persji.

W Shirazie znajdują się groby znakomitych perskich poetów – Hafeza i Sadiego. Wina, mimo iż uznawanego za jeden z symboli miasta, tu nie uświadczymy. Po rewolucji islamskiej, która miała miejsce w 1979 roku, nowe władze wprowadziły całkowitą prohibicję i po smaku gronowego trunku pozostało tylko wspomnienie. Nazwa Shiraz wielu osobom może kojarzyć się ze szczepem winogron występującym w szczególności w winach australijskich. Czy jest on tożsamy z nazwą miasta? Pewności nie ma, ale wedle niektórych przekazów to właśnie stąd przywędrował on do doliny Rodanu we Francji, jeszcze w czasach Cesarstwa Rzymskiego, a później, już w XIX wieku do Australii. Shiraz to również baza wypadowa do jednej z największej atrakcji turystycznej Iranu. Ruiny Persepolis, dawnej stolicy Imperium Perskiego, pamiętające czasy Dariusza Wielkiego i Kserksesa, kruszących kopię m.in. pod Maratonem, Salaminą, Termopilami i innymi znanymi każdemu uczniowi z podręczników bitwami, znajdują się w odległości ok. 55 km od miasta.

Shiraz

 

Nasz pobyt w Shirazie sprowadzał się do dwóch noclegów. Po przylocie z Teheranu przywitał nas zapadający zmrok. Do miasta przedostaliśmy się sprawnie, po raz kolejny, dzięki aplikacji Snapp. Miała ona nam towarzyszyć niemal przy wszystkich a’la taksówkowych przejazdach podczas reszty wyjazdu. Gorąco polecam. Koszt transportu w relacji lotnisko Shahid Dastgheyb (SYZ) – cytadela Karim Khan to 60.000 riali (ok. 5 zł).

Pierwsze chwile po przyjeździe do miasta poświęciliśmy na zalogowanie się w Niayesh Boutique Hotel i wstępnym rekonesansie okolic cytadeli. Posileni libańskim kebsem, powędrowaliśmy spacerowym krokiem bulwarami Karim Khan Zand i Azadi. Na powrocie obeszliśmy jeszcze, nie wchodząc do środka, Shahcheragh Holy Shrine. Zaczęło robić się późno więc wróciliśmy do hotelu, gdzie należało zaplanować dzień kolejny. Jedyny pełny do dyspozycji w Shirazie. Rozważania krążyły między Persepolis, co mogło zająć znakomitą część dnia oraz eksploracją miasta. Stanęło na drugim. Z pewnością namacalne dotknięcie wielkiej historii to niesamowite przeżycie. Jedynym z motywów wyjazdu była jednak chęć doświadczenia perskiej architektury, która pobudzała moją wyobraźnię wieloma przewertowanymi przed opuszczeniem Polski zdjęciami. Kolorowe mozaiki, zdobne fronty meczetów, reprezentatywne kopuły charakterystyczne dla tej części świata wygrały z ruinami. A w Shirazie jest co oglądać.

 

Pierwszy prawidłowy dzień w Iranie, w którym nie musieliśmy nigdzie się przemieszczać, przywitał nas pięknym słońcem. Gdy tylko udało nam się oporządzić, nasze kroki skierowaliśmy ku meczetowi Nasir Al Molk znanemu szerzej zachodnim turystom jako Pink Mosque czyli Różowy Meczet. Wąskie uliczki wychodzące z hotelu z czasem płynnie przeszły w szeroką miejską arterię. Zanim jednak udało się nam dotrzeć do słynnego meczetu zostaliśmy po drodze zasypani uśmiechami, żartami i prośbami o wspólne zdjęcia przez pasażerów i załogę autobusu czekającego na odjazd do Larestanu. Po prostu przechodziliśmy obok chodnikiem. Najpierw uśmiechnął się kierowca i wskazał ruchem ręki, aby machnąć fotkę. Zaraz przyłączył się do niego bileter, a po krótkiej chwili pierwszy rząd pasażerów. Nie zdążyliśmy się obejrzeć, a z autobusu wysypała się połowa pasażerów! 🙂 – Skąd jesteście? Jak się nazywacie? Witajcie w Iranie! Dziewczyny otoczyły Olę, ja poszedłem w obroty wśród męskiej części. Angielski nie był na najwyższym poziomie, ale podstawowe informacje i uprzejmości zostały wymienione. Życzliwa, wesoła i dynamiczna atmosfera sprawiła, że poczuliśmy się niemal jak w filmie w którym wszyscy aktorzy świetnie się bawią, śmieją i żartują. Selfie, zdjęcia, uśmiechy. Dziewczyny zasypały Olę komplementami o urodzie oraz podziękowaniami za poszanowanie noszenia chusty. Chłopakom chyba spodobał się mój słuszny wzrost, wymieniliśmy się telefonami, każdy chciał się pochwalić skąd jest i jak się nazywa 🙂 Świetny początek dnia! A więc to prawda o tych miłych i gościnnych Irańczykach pomyśleliśmy odchodząc i jeszcze długo machając nawzajem na pożegnanie 😉

 

Różowy meczet (Nasir Al Molk)

Do Różowego Meczetu należy udać się parę chwil po wschodzie słońca, bowiem od samego rana, gdy tylko wzbije się ono na odpowiednią wysokość, w meczecie trwa niezwykły spektakl. Kolorowe witraże odbijają światło w taki sposób, iż całe wnętrze tonie w pełnej gamie kolorów RGB. Nam udało się dotrzeć dopiero grubo po godzinie 10, ale i tak meczet zrobił na mnie wyśmienite wrażenie. Nie jest on szczególnie duży, ale zarówno wnętrze jak i dziedziniec spowodował, że ciężko było oderwać wzrok od bogato zdobionych murów, fasad czy arkad. Wstęp to koszt rzędu 200.000 riali (ok. 17 zł) od osoby.
W meczecie zostałem zagadany przez przewodniczkę z czego wywiązała się miła, około godzinna rozmowa. – Jak Wam się podoba? Skąd jesteście? Po chwili dołączyła jej koleżanka. Dziewczyny przekazały nam kilka ciekawych informacji na temat miejsca w którym się znajdowaliśmy. 12 kolumn podpierających budowlę symbolizuje 12 Imamów. Tradycyjny podział odłamów islamu uwzględnia: sunnicki, szyicki i charydżycki. W Iranie króluje szyityzm, a jego głównym nurtem jest imamizm uznający Alego, zięcia Mahometa, za pierwszego Imama. Ali i jego potomkowie, aż do wygaśnięcia prostej linii to 12 Imamów, szczególnie wyświęceni mężowie posiadający tajemną wiedzę przekazaną prosto od proroka Mahometa.
Szyici są nieco bardziej praktyczni niż sunnici i pięć codziennych modlitw odmawiają jedynie o trzech porach dnia. O świcie jedna modlitwa, w południe dwie i o zmierzchu kolejne dwie. Sunnici modlą się pięć razy dziennie.
Witraże na wschodniej ścianie meczetu, które stanowią o magii tego miejsca, występują w czterech kolorach. Każdy z nich symbolizuje inny przymiot bądź cnotę. Czerwony – mądrość. Żółty – wieczność.  Niebieski – niebo. Zielony – raj.
Wedle dalszych informacji od przewodniczek budowa meczetu była bardzo kosztowna. Do uzyskania kolorów wykorzystano różnorakie metale. Dominujący różowy kolor, występujący np. na suficie wskazując kierunek modlitwy, to wynik użycia złota.

Oprócz typowo turystycznych informacji dziewczyny były ciekawe co jemy w Polsce, jaką wyznajemy wiarę, jak wyglądają nasze miasta. Dowiedzieliśmy się, że największą grupę turystów w Iranie stanowią Chińczycy. Dostaliśmy także rozpiskę co, a także gdzie najlepiej zjeść w Shirazie. Nie dziwi więc fakt, że swoje pierwsze kroki po opuszczeniu Różowego Meczetu skierowaliśmy do poleconej Kateh Mast Restaurant.

W dotarciu do knajpy pomógł nam starszy Irańczyk. – Czy mogę Wam jakoś pomóc? – usłyszeliśmy płynną angielszczyzną, gdy nieco zdezorientowani spoglądaliśmy na źle wskazującą punkt docelowy nawigację. – Kateh Mast? Akurat idę w tamtym kierunku, zaprowadzę Was. Po drodze, po wymianie standardowych informacji nt. narodowości i innych uprzejmości, z uznaniem pochwaliłem bardzo dobry angielski. – Dawno temu, gdy byłem młody miałem bardzo dużo amerykańskich przyjaciół. Przed rewolucją.
– Wszystkiego dobrego. Witajcie w Iranie – rzucił na pożegnanie, gdy stanęliśmy u progu restauracji.

Restauracja Kateh Mast była taka jakiej oczekiwaliśmy. Dużo miejscowych, bliskowschodni wystrój, chleb pita pieczony na miejscu, kelnerki w lokalnych tradycyjnych strojach i menu z wersją w języku łacińskim. Za obiad z napojami dla dwóch osób otrzymaliśmy rachunek o równowartości 583.000 riali (ok. 48 zł). Porcje były bardziej niż syte o czym ostrzegały dziewczyny w meczecie. I nader smaczne 🙂
Z tyłu nas siedziało trzech młodych chłopaków. Tylko jeden posługiwał się angielskim. Drugi, widać najbardziej kontaktowy, ale niezaznajomiony z obcym językiem zapytał przy wydatnej pomocy kolegi standardowe – Skąd jesteście? Jak Wam się podoba w Iranie? – Dziękuję za miłe słowa – odpowiedział uradowany, gdy powiedziałem, że jest świetnie i ludzie są bardzo uprzejmi. Gdy już wychodziliśmy, po jeszcze jednej konsultacji z anglojęzycznym kolegą dorzucił z uśmiechem: – Witajcie w Iranie!

 

Grób Hafeza

Po porcjach kalam polo z shirazi salad oraz dizi przyszedł czas na siestę. A po krótkiej regeneracji na dalsze zwiedzanie Shirazu. Wyszliśmy z hotelu do głównej ulicy i zamówiłem już jak rutyniarz kolejny przewóz za pomocą Snappa.
– Skąd jesteście? – usłyszeliśmy zza pleców, gdy czekaliśmy na przyjazd naszego kierowcy. – Jedziecie może na grób Hafeza? Hmm, w sumie mieliśmy już zamówiony tam transport. Karimullah był około pięćdziesięcioletnim Pakistańczykiem i zaproponował z miejsca podział kosztów „taksówki”. – Ok, nie ma problemu, jedźmy razem – potwierdziłem. Oprócz tego, że był z Pakistanu to dokładniej rzecz ujmując z doliny Hunza, leżącej u podnóża Karakorum (Nanga Parbat, K2 i te sprawy). Hunzowie znani są ze swojej długowieczności, stąd szybko złapaliśmy wspólny temat. Niestety jak się dowiedziałem legendarna długowieczność to już melodia przeszłości. Wraz z przybyciem zachodniej żywności czar prysł. Spotkać osobę z doliny Hunza, o której się co nieco czytało to jedno. Co innego jednak spotkać osobę z doliny Hunza, która dodatkowo zajmuje się ochroną panter śnieżnych nad którymi zachwycam się od lat! 😮 Karimullah wraz z kiloma innymi osobami ze swojej wioski działa na rzecz ochrony panter. Jednym z zadań jest zwiększenie świadomości wśród lokalnej społeczności nt. przydatności tego mistycznego zwierzęcia w ekosystemie. Czasami zdarzają się bowiem ataki na zwierzęta hodowlane. Na całym świecie na wolności żyje tylko 5000-6000 osobników.
Wszystkie klocki ułożyły mi się w logiczną całość i grób Hafeza, który w opinii wielu to miejsce do wejścia, zrobienia fotki i wyjścia, przybrał dla mnie innego wymiaru. Z Karimullahem spędziliśmy pozostałą część dnia. Polubił nasze pozytywne podejście do natury i troskę o pantery, a my polubiliśmy jego znajomość perskiego, wrodzone poczucie humoru i dystans do rzeczywistości.
Koszt wejścia na grób Hafeza: 200.000 riali (ok. 16,70 zł). Dla Pakistańczyków udających Irańczyków: 30.000 riali.

 

Meczet Ali Ibn Hamza

Przed wyjazdem, podczas internetowego poszukiwania inspiracji, na tapetę nawinął mi się wyłożony niezliczoną ilością lusterek meczet „Imamzadeh Seyed Alaeddin Hossein” polecany przez Zapiski ze świata. Dziewczyny w Pink Mosque poradziły jednak, że lepszy tego typu jest Meczet Ali Ibn Hamza 🙂 Znajduje się on na trasie między grobem Hafeza, a bazarem Vakil, więc idealnie wpasował się w popołudniowy plan zwiedzania. Skorzystaliśmy z porady irańskich koleżanek.
Po wejściu do środka niemal zamurowało mnie z zachwytu. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem na oczy. Teraz, gdy opadł kurz emocji myślę o tym nieco spokojniej, ale w tamtym momencie byłem głęboko zachwycony. Tak mi się podobało, że porobiłem same koślawe zdjęcia. Te poniżej są głównie autorstwa Oli 🙂 Ściany i sufit wyłożone są milionami małych lusterek. Na żywo tworzy  to niesamowity klimat.

Po wyjściu na dziedziniec zostałem poczęstowany słodką, gorącą kawą. Oczekiwanie na Olę, która przebywała w damskiej części meczetu, upływało na pogawędce z Karimullahem. W pewnej chwili podszedł do nas duchowny, który przedstawił się jako opiekun świątyni i oznajmił, że zaprasza nas do środka. Z miejsca przeprosił, że po angielsku to on bardzo słabo, ale po chińsku w razie potrzeby poopowiadać nie ma problemu. Początkowo odmówiliśmy. Gdy jednak wróciła Ola imam zagadał chwilę z naszym pakistańskim przyjacielem w farsi i po chwili siedzieliśmy już na „plebanii” irańskiego meczetu. Karimullah robił za tłumacza i przekładał to co mówił duchowny z perskiego na angielski. My natomiast zajadaliśmy się ciasteczkami, którymi zostaliśmy poczęstowani i z uznaniem przytakiwaliśmy na każdą wypowiedź oraz dziękowaliśmy szczerze za gościnę. Imam przyznał, że bardzo się cieszy z naszej obecności albowiem dom bez gości to nieszczęśliwy dom. Dowiedzieliśmy się, że meczety o tego typu lusterkowych zdobieniach znajdują się jeszcze tylko w Karbali (Irak) i Damaszku (Syria). Oprócz miłej rozmowy zostaliśmy obdarowani pocztówkami, a Ola mogła wejść z nami do męskiej części meczetu. Wysłuchaliśmy też kilku zabarwionych nieco teologiczną wiedzą informacji. Wszystkie wskazywały na pokojowe nastawienie islamu i przenikanie się wspólnych wartości z chrześcijaństwem.
Wstęp do meczetu jest darmowy.

Meczet Ali Ibn Hamza, Shiraz.
Imam objaśniający Karimullahowi tajniki wiary


Bazar Vakil

Pierwszy irański bazar, który odwiedziliśmy – Vakil Bazar, nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak te, które wspominam jeszcze z wyjazdu do Syrii. Wciąż mam w pamięci dużo większe i bardziej klimatyczne tego typu przybytki, odwiedzone przed wybuchem wojny w Aleppo i Damaszku. Miło było jednak poczuć ponownie bliskowschodni klimat bazaru. Nie przeszkodziło to też Oli w zrobieniu pierwszych zakupów materiałów, chust czy obrusu. Większość z wydatną pomocą Karimullaha, który dobrze znał negocjacyjne triki handlarzy.

 

Shahcheragh Holy Shrine

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy tego dnia, był Shahcheragh Holy Shrine. Ten duży kompleks, którego głównym punktem jest grobowiec dwóch synów siódmego głównego Imama szyitów, składa się z m.in. czterech meczetów i olbrzymiego dziedzińca.
Po wejściu otrzymaliśmy przydzieloną asystę przewodnika, którego jednak szybko spławiliśmy. Karimullah oświadczył, że był już w kompleksie rano i będzie nas oprowadzać. Dzięki temu mieliśmy wolną rękę pod względem kierunku i czasu spędzonego w poszczególnych sektorach. Całość robi wyśmienite wrażenie co w niewielkim stopniu oddają poniższe zdjęcia. Do kompleksu wstęp mają wszyscy, do poszczególnych świątyń jedynie muzułmanie. W pewnym jednak momencie naszemu pakistańskiemu przyjacielowi zaświtał w głowie chytry plan, który wdrożył kilka chwil później w życie. – Ola, chcesz wejść do środka i porobić zdjęcia? – rzucił ochoczo. Jako niewyróżniający się z tłumu wierny bez problemu wprowadził Olę do meczetu dzięki czemu mogła na „nielegalu” podziwiać niedostępne wnętrza. Mi pozostało oczekiwanie na zewnątrz.
Wstęp na teren kompleksu jest darmowy. Aparat należy oddać przed wejściem do depozytu, zdjęć z komórki można jednak strzelać do woli.

Na koniec tego miłego dnia udaliśmy się do hotelu Karima, który znajdował się blisko naszego miejsca noclegu. Bardzo nalegał, że musi nam przesłać swój krótki film o panterach. W Taha Traditional Hotel zostaliśmy na wstępie ugoszczeni herbatą i ciastkami. Spędziliśmy tu dłuższą chwilę. Karimullah zrzucił nam na kartę swój film i „kilka” zdjęć przedstawiających rodzinę, codzienne życie w pakistańskiej wiosce znajdującej się na wysokości 2800 metrów oraz rzecz jasna pantery. W sumie było ich ponad 160.

Pantera śnieżna
Zdjęcie zrobione przez lunetę ze zbiorów Karimullaha. Pantera śnieżna.

 

13 uwag do wpisu “Shiraz

  1. Ale super wpis, jakbym przeniosła się z Wami do Iranu. Nabrałam ochoty na wyprawę. Meczety mają dla mnie jakąś niezwykłą przyciągającą siłę, a te które odwiedziliście wyglądają niesamowicie szczególnie Ali Ibn Hamza ten obłożony lusterkami, jaki pomysł!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s