Gruzja – Kazbegi czy Mestia? Górskie wędrówki w tygodniowej odsłonie

Pod koniec czerwca 2018 stanąłem przed wyborem kierunku na letni, aktywny wypad. Do dyspozycji tydzień urlopu. Przez krótką chwilę moje myśli krążyły nad Bieszczadami, w których jeszcze nigdy nie byłem, otarły się również o północną Szkocję, aby finalnie zdecydowanie zakotwiczyć na Gruzji. Decyzja zapadła szybko, a bilety zostały kupione kilka dni przed wylotem. Nie było tym razem mowy o jakimkolwiek rekordzie pod względem taniości. Ceny na miejscu zrekompensowały jednak lekką nadwyżkę wydaną na starcie.

Dlaczego Gruzja? W czym tkwi tajemnica popularności tego kraju ostatnimi czasy? Ano Gruzja kusi wspaniałymi okolicznościami przyrody, świetną kuchnią i bogatą tradycją winiarską, lekką już dla przeciętnego europejczyka egzotyką, wciąż pozostając w tym samym kręgu kulturowym, siatką połączeń taniego przewoźnika lotniczego WizzAir, a także dobrymi jak na Polską kieszeń cenami. Warto nadmienić, że Polacy do Gruzji mogą podróżować nie posiadając paszportu! Wystarczy dowód osobisty. Łatwo się również tu dogadać, większość osób rozmawia po rosyjsku. Nie żebym jakoś niesamowicie władał językiem naszych wschodnich sąsiadów. „Polsko-rosyjski” wystarcza 🙂
Pomny odwiedzin Tbilisi w 2015 roku – podczas tranzytu na dwutygodniowy wyjazd do Armenii – jedną z moich głównych przesłanek na odwiedzenie Gruzji był aspekt kulinarny 🙂 Najzwyczajniej w świecie, od trzech lat miałem niesamowitą ochotę nasycić swoją wątłej postury osobę jak największą ilością khinkali, czyli lokalnymi pierożkami 😀 Drugą, równie ważną, a mówiąc poważnie najważniejszą, to chęć doświadczenia górskich wędrówek u podnóża cztero i pięciotysięczników Kaukazu.

Jak więc wymyślono tak i zrobiono. Pierwszego dnia lipca 2018 wraz z Kamilem zameldowaliśmy się na lotnisku Berlin Schönefeld. Jak w wielu przypadkach w przeszłości, dojazd ze Świnoujścia do niemieckiej stolicy okazał się dużo korzystniejszy aniżeli do innych dostępnych polskich lotnisk. Wraz z podstawowym kempingowym ekwipunkiem polecieliśmy do Kutaisi.

Uszguli, Gruzja

Zarys wyjazdu

Głównym założeniem wyjazdu było aktywne spędzenie czasu u stóp gór Kaukazu. W plecaku znalazł się więc namiot, śpiwór czy kuchenka. Szybko nasunęło się jednak pytanie, który region wybrać dysponując siedmiodniowym okresem czasu? Jeszcze przed wylotem stanąłem więc przed niełatwym zadaniem selekcji konkretnych miejsc i szlaków w Gruzji. Moje myśli krążyły wokół Swanetii, gdzie znajdują się miasteczka Mestia czy Uszguli (w zasadzie uściślając Uszguli to zgrupowanie czterech wiosek). Górują nad nimi kamienne wieże, które strasznie chciałem zobaczyć. Nieodparcie przywoływały mi wspomnienie o książce Wojciecha Jagielskiego „Wieże z kamienia”, która co prawda opisuje wydarzenia, które miały miejsce po drugiej, północnej stronie kaukaskiego łańcucha, ale tradycja i funkcja owych wież pozostawała ta sama. Swanetia to przede wszystkim jednak majestatyczne góry, z piękną Uszbą (4710 m n.p.m.) nazywaną Matterhornem Kaukazu, czy najwyższym gruzińskim szczytem – Szcharą (5193 m n.p.m.). Z drugiej strony głowy krążył mi rejon góry Kazbek (5033 m n.p.m.) z chyba najbardziej znanym widokiem Gruzji. Mowa o malowniczo położonym klasztorze Cminda Sameba, znajdującym się na niemal wszystkich okładkach przewodników i materiałach promocyjnych. Sam Kazbek widoczny już z Stepancmindy (Kazbegi) prezentuje się równie wyśmienicie. Na trzecim horyzoncie czytałem i rozmyślałem nad „nieskolonizowaną” jeszcze tak ruchem turystycznym Tuszetią. Całkiem możliwe, że padłoby na ostatnią opcje, gdyby nie fakt, że najbardziej korzystny trekking z Omalo do Shatili zajmuje 4-5 dni. Z racji tego, że był to pierwszy pół-namiotowy wypad do Gruzji postanowiłem, że najpierw sprawdzę „z czym się je” szlaki w okolicach bardziej znanych miejscówek, a na Tuszetię przyjdzie czas podczas następnego wyjazdu.
Ps. Ile to już „następnych wyjazdów” leży odłożonych na półce… 🙂

Tak więc co wybrać? Swanetię czy okolice Kazbegi? Regiony te nie są ze sobą bezpośrednio połączone. Co więcej odgradza je sporne terytorium Osetii Południowej. Aby się dostać z jednego do drugiego, trzeba w którymś momencie wracać się przez Tbilisi. Myślałem, dumałem, kalkulowałem i doszedłem do wniosku, że mimo małych logistycznych niedogodności damy radę odwiedzić… oba regiony! 🙂 Jak wymyślono tak też i zaplanowano. Pomógł w tym dobitnie nocny pociąg z Tbilisi do Zugdidi, dzięki któremu nie trzeba było tracić jakże cennego dnia, podczas jedynie tygodniowego wyjazdu. Ale po kolei.

Kazbegi (Stepantcminda) i trekking do klasztoru Cminda Sameba

Naszą podróż po gruzińskiej ziemi rozpoczęliśmy od lotniska w Kutaisi na które przylecieliśmy WizzAirem z Berlina. Jeszcze przed wylądowaniem zegarki należało przesunąć o dwie godziny do przodu. Na lotnisku szybka, korzystna wymiana dolarów na lari (GEL), odebranie darmowej karty SIM i zakup biletów autobusowych do Tbilisi na stanowisku GeorgianBus. Chwilę później jechaliśmy już w stronę gruzińskiej stolicy. Przejazd to kwestia ok. 4 godzin. W Tbilisi nasyciliśmy żołądki pierwszymi kulinarnymi pysznościami, aby następnego dnia z rana pojechać do Stepantcmindy (dawniej Kazbegi) tzw. Gruzińską Drogą Wojenną. Nazwa drogi nie wywodzi się jak może przychodzić na pierwszy rzut myśli z najświeższej historii. Funkcjonuje już od XIX wieku. Przejazd ok. 3 godziny. Po drodze zaliczyliśmy krótkie przystanki na obejrzenie monastyru Ananuri oraz punktu widokowego uświetnionego pomnikiem przyjaźni gruzińsko-radzieckiej. W Stepantcmindzie za kilka symbolicznych lari zostawiliśmy plecaki w Nunu Guesthouse i na lekko, w alpejskim stylu 😉 ruszyliśmy na wzgórze z monastyrem Cminda Sameba. Pogoda była zacna, więc od pierwszych do ostatnich chwil wędrówki towarzyszył nam wyśmienity widok na prężący się w osnowie błękitnego nieba szczyt Kazbeku.

Juta, trekking do Roszki, a nawet i Barisakho (przez przełęcz Chaukhi Pass – 3342 m. n.p.m.)

Po powrocie do Kazbegi, jeszcze tego samego dnia wieczorem złapaliśmy prywatny transport do znajdującej się 20 km dalej Juty, skąd startuje szlak w kierunku Roszki. Pierwszą noc przespaliśmy w namiocie nieopodal Zeta Camping z kapitalnym widokiem na „gruzińskie dolomity”, ażeby następnego dnia wyruszyć w pełnym ekwipunku na trekking przez przełęcz Chaukhi Pass znajdującą się na wysokości 3342 m n.p.m. Trek podzieliliśmy na dwa dni z namiotowym noclegiem przy tzw. Zielonym Jeziorze. Więcej o przejściu szlaku, które okazało się dla nas mieć trochę więcej do zaoferowania niż pierwotnie awizowane 17 km przeczytacie w osobnym wpisie. W tym momencie można było zamknąć rozdział Kazbegi i rozpocząć operację Swanetia.

Swanetia – Mestia, trekking do jezior Koruldi i Uszguli

Po powrocie i spędzeniu niemal całego dnia w tonącym w 40-stopniowym skwarze Tbilisi wieczorem wsiedliśmy w nocny pociąg do Zugdidi i dalej następnego dnia rano marszrutką do Mestii. Tam przywitał nas las kamiennych wież, przypominających o tradycji krwawych zemst rodowych praktykowanych niegdyś przez mieszkańców tej części Kaukazu. Nie sposób było nie skorzystać z wyśmienitych okoliczności przyrody roztaczających się wokół tego pięknie usytuowanego miasta. Wybór padł na trekking do jezior Koruldi. Same jeziora nie stanowią wyjątkowej urody geograficznego stanowiska, za to widoki dookoła… 360 stopni czystego zachwytu. Było przepięknie! Następnego dnia rano pojechaliśmy do położonego na ok. 2100 metrach n.p.m. Uszguli. Przejazd 70 km odcinka = 2,5 godziny. Główną atrakcją jest niesamowite położenie wioski, wśród zielonych zbócz kanionu Enguri i niemal u stóp najwyższego gruzińskiego szczytu Szchary. Całość magii tego miejsca dopełnia niemal nienaruszony stan większości uliczek i domostw. Stawiam, że Rycerze Króla Artura mogliby nie zauważyć różnicy kilkusetletnich przenosin w czasie. Jedynie turyści wsadzający obiektywy przez płoty starych domostw nie pasowali do zatrzymanej w czasie rzeczywistości. Miałem dziwne poczucie, że nie powinno nas tu być. W Uszguli spędziliśmy jedną noc. Zanim jednak zapadł gwieździsty mrok odbyliśmy trekking pod lodowiec Szchary. Czas trwania to ok. 4,5 godziny w dwie strony.
Ostatni dzień to niemal bezpośredni transfer z Uszguli do Kutaisi z małą przerwą w Mestii.

Patrząc pokrótce na przedstawiony zarys wyjazdu może zwrócić uwagę fakt, że codziennie się gdzieś przemieszczaliśmy. Czy to autobus, marszrutka, pociąg, metro, kilku- czy kilkunastokilometrowy trekking. Z boku wydawać by się mogło, że wpadliśmy w pułapkę wyjazdowej gonitwy, która niejednych już wessała i wypluła nie pozostawiając wiele. Nic bardziej mylnego. Większość transportów starałem się organizować z samego rana tak, aby na docelowe miejsce dotrzeć jeszcze przed południem. Najdłuższy odcinek pokonaliśmy w nocy pociągiem. Nie straciliśmy dnia, a jednocześnie równolegle można było ładować akumulatory i… poznać ciekawych ludzi 🙂 Jedynie na samym końcu, odwrót do Kutaisi spędziliśmy cały dzień w busie. Niemniej jednak czy kwintesencją podróży nie jest również bycie w drodze? Dla mnie jedyna słuszna odpowiedź to ta twierdząca. Kocham ten stan, a niedogodność to żadna. I tyle! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s